O mnie.

piątek, 04 marca 2011
Mogę marudzić, ale niekoniecznie. Lojalnie tylko ostrzegam. Wczoraj wieczorem postawiłam sobie diagnozę (powszechnie przecież wiadomo, że każdy jest psychologiem i zna się na tym a żadne studia są niepotrzebne ;p). Nawet ją ubrałam w piękne słowa, ale leżałam już w łóżku i nie za bardzo miałam ochotę wstawać i ją zapisywać. Postaram się ją powtórzyć. A zaczęło się od tego fragmentu w ostatnich "Wysokich obcasach Extra"*:

-(...)Ale jest też grupa kobiet, które karmią się tym, co ich seksualność niszczy i zabija.
- Czym?
-
Rozpamiętywaniem urazów i kreowaniem toksycznych, czarnych scenariuszy

(*
Fantazje erotyczne, rozmowa z dr Alicją Długołęcką)

I na tym się skończyło. Uwagę moją przykuło  tylko jedno słowo: rozpamiętywanie. Wyrwałam je z kontekstu i wyszło, że sedno leży właśnie w tym słowie. W tym toksycznym, chorym procesie, który sprawia, że nie jestem w teraźniejszości, przyszłość dla mnie nie istnieje, bo tkwię po kolana w przeszłości: w tych nieudanych relacjach, wypowiedzianych mimochodem słowach, które utkwiły w głowie, przeobraziły się i zaczęły własną egzystencje. Przekształciły się wręcz w mit. Już wyjaśniam. Cofnę się do czasów liceum- centrum moich patologicznych platonicznych miłości. Ale to nie te platoniczne uczucia do pana Romana, do pana Płotki jest tu istotne. Ot przez lata myliłam przyczynę ze skutkiem. Najgorsze jest tworzenie mitologii, ubieranie w wyobrażenia jednego głupiego spotkania, rozpamiętywanie każdego następnego, brak rozmowy, a zamiast tego trwanie w wyidealizowanym wyobrażeniu ze strachu przed konfrontacją z teraźniejszością. Nie wiem czy to spowodowało, że postępuję teraz (i wcześniej) tak jak postępuję, ale na pewno miało to jakiś wpływ na to kim się stałam. To, co przeżywałam w liceum wydaję mi się teraz nie tyle śmieszne, co przerażające, że boję się opisać to gdziekolwiek. Bo czyż normalne było podkochiwanie się w kimś z kim zamieniło się dwa słowa, bez jakiejkolwiek chęci przeniesienia tego w rzeczywistość?? Nie chcę jednak roztrząsać tego dalej. To było i pozostanie dla mnie zagadką. To kwintesencja rozpamiętywania. Rozpamiętywania, które zakryło teraźniejszość tak, że ta stała się niewidzialna.

Potem owszem było lepiej. Byłam przecież w szczęśliwym związku przez prawie 4 lata. Rozpamiętywanie też miało tam miejsce, ale na rozgrzebywanie tego przyjdzie czas może za 20 lat. A teraz? Teraz boję się, że znowu się zaczyna. Nie przybiera oczywiście charakteru z sprzed lat. Nie mam 17 lat i nie zachwycam się już tym samym, co kiedyś. Dużo się w życiu moich działo, dzieje i mam co rozpamiętywać=( Znów ubieram w piękne kwiatki to, co było, zastanawiam się, interpretuję, wyczekuję, zamiast odbierać teraźniejszość i myśleć o przyszłości.  Przykład jak to cholernie może zepsuć dzień: ostatnie wyjście z Alą na tańce, cudowne i szalone, ale na pewnym poziomie alkoholu następuje zatrzymanie- "a gdyby przyszedł, a co by mu tutaj napisać, żeby nie myślał, że jestem natrętna". I wszystko przestaje się liczyć. Myśl chodzi, kręci, mąci. Rozpamiętywanie pełną gębą, a rzeczywistość przebiega mi między palcami. A ja oddalam się do Nibylandii, gdzie wszystko jest piękne i nawet niebieskiego ptaka da się złapać=(
Czyż nie piękna diagnoza?? Ale jak to leczyć???? No jak??

20:58, rudakrzyzaczka , O mnie.
Link Komentarze (1) »
sobota, 01 stycznia 2011
I cóż ty przyniesiesz? Co za niespodzianki wyciągniesz z kapelusza? Zamiast planować nowy powinnam podsumować stary. Bo nowy zaczęłam leżąc w śniegu, a potem były tańce w wietrzną deszczową noc. I alkoholem zagłuszałam myśli, które pojawiły się po pierwszej rozmowie telefonicznej w 2011 roku.

Stary rok. Był to rok rozstań i powrotów, choć niektórzy o tym nie pamiętają. Był to rok rozczarowań, fascynacji, pogodzenia, niechęci, tęsknoty. O różnym natężeniu. Rok gdy 4 lata poprzedniego życia nagle straciło racje bytów. Gdy mniejszym złem okazało się unikanie i rezygnacja z pewnych przyzwyczajeń. "Moja fanaberia" i "moje uprzedzenia".

Był to rok poszukiwania. Pięknych chwil w pewnym kartonowym domku. Muzycznych poszukiwań. Ale i braku zdecydowania, co poskutkowało tym czym poskutkowało. I czemu się nie dziwię.

Był to rok podróżowania i odkrywania znanego i nieznanego- Gorce, Hiszpania, Chorwacja, Wurzburg, morze etc. Wydawałoby się, że się znalazło tego, co się szukało. Że tak blisko, w Gdańsku, a jednak.

Był to rok znalezienia pracy i pierwszych zajęć ze studentami. Rok rozczarowania doktoratem i rok znienawidzenia pierników. Rok poznania nowych ludzi, którzy wtargnęli na stałe w moje życie. I burzliwie próbowali z niego wyjść, zostawiając jednak w nim ślady po dziś dzień. Tak to bywa, gdy wydaję się nam, że zdołamy usidlić niebieskiego ptaka.

Rok, w którym wydawałoby się, że może być normalnie. Tydzień pełen nadziei, zakończony standardowo fiaskiem.

Rok ciekawych rozmów i nowych muzycznych inspiracji. I fascynacji.

Mimo zawirowań był to dobry rok. Udało mi się nawet po części wykonać kilka postanowień noworocznych: jem regularnie, dzięki pracy i wspólnym posiłkom, jem warzywa i owoce, odkrywam nowe smaki i fascynacje, chodzę do kina. Odważyłam się mówić po angielsku, ba, byłam nawet tłumaczem [SIC!]. Tylko z tym fitnesem nic nie wyszło i dalej jestem takim samym leniem :)
Przez większość minionego roku byłam szczęśliwa.


Chciałabym by nowy nie obfitował w zawirowania.
Chciałabym się ustabilizować emocjonalnie, bo płakanie stało się dla mnie czymś normalnym ostatnimi czasy.
Chciałabym by nikt więcej już nie wykorzystywał tego, że tak usilnie pragnę bliskości. Bym ja się już nie dała.
Chciałabym więcej czasu spędzać z Kinjorem, by odbudować nasze relacje. I Bajką, która to jest tak blisko, ale jednocześnie tak daleko. Bajko, nawet nie wiesz jak ładują mi się akumulatory, gdy mogę spędzić z Tobą i Czarkiem kilka chwil.


I chciałabym by w mojej głowie nigdy nie pojawiły się takie myśli, jak wczoraj po dwunastej. I chciałabym też podwyżki.



19:38, rudakrzyzaczka , O mnie.
Link Komentarze (4) »
niedziela, 17 października 2010
Myślenie o pewnych rzeczach wciąż sprawia mi ból. Nie o wszystkim mogę czytać, coś co kiedyś cieszyło, dziś kole w oczy. Odwracam wzrok i staram się nie widzieć. Co noc mam koszmary. Nie gonią mnie duchy, diabły, ogień i woda. We śnie wciąć Cię spotykam draniu. Skoro sobie poszedłeś, to czemu mi się śnisz? Zawsze coś nie tak. Taki Reksio, mały wesoły i pomocny piesek i proszę:



22:38, rudakrzyzaczka , O mnie.
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 października 2010
Podobno człowiek dostaję w życiu to, na co zasłużył swoim zachowaniem i stosunkiem do innych ludzi. Zawsze chciałam być w stosunku do innych szczera i sprawiedliwa. Nie zawsze byłam miła. Nie zawsze uczciwa. I zaczynam wierzyć w  to "podobno". Kiedyś wszystko było łatwe- jak się wierzyło bez żadnego ale, że Ktoś nade mną czuwa , wtedy wyjście z porażek nie wydawało się takie trudne.

Dziś po raz kolejny ktoś ukradł mi moje marzenie. Marzenie z gatunku tych takich "wowwww". Dla wielu nic wielkiego, ale takie marzenia mają to do siebie, że znaczą wiele tylko dla Ciebie. W zasadzie to sama pozwoliłam na tę kradzież, sama się na nią otworzyłam. Teraz została mi przysłowiowa, śmieszna dziura w sercu... Nie chodzi o to, że sobie poszedłeś. Nikt nikogo nigdzie na siłę nie utrzyma. Chodzi o to, jak sobie poszedłeś...

Wróciłam do czekolady. "Wyglądasz właśnie tak..."


12:58, rudakrzyzaczka , O mnie.
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 sierpnia 2010
chciałoby się zaśpiewać te małe i duże... Były raczej małe (daleko mi do pewnej zeszłorocznej podróży miłego pana, co pilnie doktorat pisze), ale dużo dla mnie znaczyły:

Toruń => Władysławowo (z przystankiem w Inowrocławiu)=> Puck, Hel  (w tak zwanym międzyczasie) => Inowrocław=> Toruń =ok. 700 km



Toruń=> Kępice ok. 230 km
Kępice => Gdańsk => Kępice ok. 320 km

Kępice (via Sławno) => Zdzieszowice => Paryż (via Niemcy) => Lloret del Mar (Hiszpania) => Barcelona (w międzyczasie) => Wenecja => Zdzieszowice (via Austria i Czechy) => Kępice ok. 5 700 km



Kępice => Gdańsk => Kępice ok. 320 km

Kępice => Junoszyno => Frombork, Malbork (w międzyczasie) => Zabrze => Wrocław => Kępice ok. 1600 km



razem : 8 870 km :)

plus wycieczki do Słupska oraz najbliższa do Gdańska i Torunia, chyba ładny wynik, co?
14:08, rudakrzyzaczka , O mnie.
Link Komentarze (1) »
czwartek, 05 sierpnia 2010
Sesja zdjęciowa nad jeziorem ma być prezentem dla kogoś bardzo ważnego dla mnie. Kogoś z kim łatwo rozmawia się przez telefon, ale gdy już się spotka to trochę trudniej. Kogoś wobec którego rozum podpowiada- odejdź, zostaw, ale serce i wszystko lgnie. Sesja stała się prezentem dla mnie ;)

Zdjęć z Hiszpanii wrzucać póki co nie mam ochoty. Pakować się nad morze także, a tutaj wyjazd już jutro. Piję gin z tonikiem, oglądam zdjęcia, rozmawiam, uśmiecham się, mieszkania też szukam, ale póki co nie zbyt intensywnie. Układa się część, część nie, ale ostatnimi czasy spotkało mnie tyle dobrego, tyle słońca, że wierzę, że świat jest piękny i ludzie również.

Do zobaczenia za 2 tygodnie.



21:54, rudakrzyzaczka , O mnie.
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 maja 2010
Miałam pójść na fajny koncert. Miałam. Miałam zachowywać się normalnie. Nie dziwię się, że Bajka mnie wyśmiała. Też bym siebie wyśmiała, gdybym miała dostateczne poczucie humoru. A mam tylko mierne. I śmianie z siebie nie zbyt mi wychodzi. Marzę o tym, żeby wyjechać. Nie myśleć. Nie patrzeć na nadgarstki. Żeby trywialnie po prostu nie bolało.Te góry dały mi dużo do myślenia. O sobie- kim jestem, kim chciałabym być. Nie jestem tam gdzie powinnam. Zwijam się w kłębek. Możesz czuć satysfakcję.



00:07, rudakrzyzaczka , O mnie.
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 marca 2010



Bije dwunasta. Zaczyna się dzień
Mego planety księżyca.
Wkoło ta sama co zawsze ulica,
Koło mnie codzienny mój cień.

Do domu idę w księżycowej smudze,
Ale to nie jest mój dom, ja wiem;
Bóg jak do Pawła powie do mnie:
"Twoje życie jest snem,
I ja cię z niego obudzę".

Poniedziałek, Jan Lechoń
13:56, rudakrzyzaczka , O mnie.
Link Komentarze (1) »
niedziela, 28 lutego 2010
No po prostu jestem sową. Nie ma co siebie oszukiwać, nawet gdybym chciała nie przekuję rannego wstawania w przyjemność. Lata dojeżdżania do liceum i wstawania o 6 rano niczego mnie nie nauczyły. Z rozpędu wychodziło mi wstawanie jeszcze przez jakiś czas. A dziś? Pogodziłam się z tym, że jestem sową, lepiej mi się pracuję, jak za oknem jest ciemno, a słońce tylko wzmaga mego lenia. Ciężko jest mi zasnąć przed 1, a jeszcze gorzej wychodzi mi wstawanie przed 10. Przyznam się, że marzę o porankach i oglądaniu wschodu słońca, ale nawet tak urocze miejsce jak Turbacz nie spowodowało, że w okolicach 6- 7 rano postąpiłam zgodnie z wcześniejszymi planami. Teraz rano jestem w stanie olać wszystko, łącznie z zaplanowanymi wyjazdami, choć na szczęście zdarzyło mi się to tylko przy mniejszych odległościach.

Dziś udało mi się wstać w okolicach godziny 9 i  można to spokojnie uznać za sukces. Tylko  niestety najzwyczajniej w świecie chcę mi się spać i nie przełoży się to na wcześniejsze położenie. Chyba ze zasnę nad książką, jak wczoraj. Książka wybitnie mnie męczy, a książką ową jest "Wampir Lestat" Rice. Wczoraj także obejrzałam film Madonny Filth and Wisdom i jestem zaskoczona energią, jaka z tego filmu bije. Może to przez muzykę? W końcu jedną z głównych ról gra tam wokalista Gogol Bordello.
15:52, rudakrzyzaczka , O mnie.
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 grudnia 2009
Nie mam siły na pisanie czegokolwiek, odzywanie się do kogokolwiek. Nie mam siły już na nic. Już albo nadal. Czytam, słucham i zastanawiam się nad tym i owym. Nuda, marazm, smutek i pustka. Rower stoi i przypomina, że miałam w zanadrzu wesołe podróże po mieście oraz zapomniane już lekko poczucie bycia debilem.

Jutro odetchnę, z Madzią w Czeskim. Będę tańczyć, nie pamiętać i śmiać się. Choć jeden dzień w tygodniu.

Jest jedno miejsce, gdzie udałoby mi się zresetować. Góry: Gorce lub któryś Beskid. Posiedzieć ponad chmurami na Turbaczu i popatrzeć na Tatry czy Babią.


23:43, rudakrzyzaczka , O mnie.
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4
adopt your own virtual pet!



statystyka