Kategorie: Wszystkie | Coś co lubię. | Czytam | Feministycznie. | Foto | Góry | O mnie. | Retrospekcja. | Wypadki dnia codziennego | postcrossing
RSS

Wypadki dnia codziennego

poniedziałek, 04 lutego 2013

Zima ciągle a mi się marzą truskawki, jagody, sierpniowe pomidory. Jadło mi się takie marzy:

 

truskawki latem w Grudziądzu

Tymczasem wracam do bezproduktywnego przeglądania blogów (tym razem tutaj: Whitney Reeder). Jestem stworzonym typem do czytania blogów, szczególnie takich gdzie są jeszcze zdjęcia. Uwielbiam patrzeć jak ludzie mieszkają, jak żyją, co lubią. To trochę jak z bohaterami książek. Tak sobie tłumaczę, bo oglądanie blogów zżera mi właśnie czas na czytanie literatury.

sobota, 29 października 2011
Czasem mam wrażenie, że nie wykorzystuje tego wszystkiego co jest mi dane. Że za bardzo skupiam się na drobnostkach, tracę przysłowiowy czas. Pożeraczem czasu jest Internet. Pozbyłam się tv, ale porządkując dziś stary dysk natknęłam się na kilkadziesiąt nieruszonych artykułów, które zostały odłożone bo tu FB, bo tu film, bo tu serial. Bo tu coś do poczytania. Ogrom dostępnej informacji sprawia, że nie wiem za co się zabrać. Co jest bardziej, a co mniej ważne. Ograniczam się do krótkich tekstów, by tylko poznać więcej. Stawiam często przez to na ilość, a nie na jakość. Zdecydowanie nie podoba mi się to!!

Z rzeczy ważnych mniej lub bardziej: zarejestrowałam się na postcrossing.com (to dla tych, którzy czerpią przyjemność z dostawania zwykłych listów),wysłałam pocztówki do Niemiec, Holandii, Rosji, na Białoruś i do USA, poszłam na koncert Toruńskiej Orkiestry Symfonicznej (i ta wyższa rozrywka sprawiła mi przyjemność), jadę do Krakowa z mym miłym panem, dalej lubię rozmawiać z panem K. z tej dziwnej wioski, Darcy Ward i Chris Holder będą razem jeździć w Unibaksie, czytam erotyki Anais Nin, marzę, myślę, całuję i wyczekuję. I jadę na Pomorze, nad morze.
A panna Misia się zaręczyła i nie mogę się doczekać aż wniosę ślubny toast :)

niedziela, 28 sierpnia 2011
Chodzi mi ta piosenka po głowie i chodzi. A gdy tylko gdzieś ja usłyszę to od razu chcę się śpiewać: "... pójdęęęę boooosoooo".
No ale nie o tym miało być. Śmiać się jeszcze będą, że zachwycam się jakąś pseudo góralską piosnką.

Piątek uświadomił mi, że nie jestem jeszcze gotowa na poznawanie nowych ludzi. Jeśli kiedykolwiek byłam. Uświadomił mi, że nie umiem nie tylko radzić sobie z emocjami, ale z niechęcią i agresją wobec niektórego typu ludzi (tak mam na myśli tutaj facetów). Że jeszcze nie zapomniałam (ale się staram i wcale to zdanie nie jest powodem do bicia na alarm). Że jest mi bezpiecznie w kokonie, wokół ludzi, których znam choć trochę i że wcale nie chcę mi się z tego kokonu wychodzić. Że nie jest łatwo poznać kogoś nowego, gdy ktoś stary jest obok (i nie jest to pewien Pan przez którego nie poszłam na GP w żużlu). Że nie jestem otwarta. Że.... no na dziś wystarczy, przecież jak to mawiała Bajka w końcu jestem szczęśliwie odkochana a nie nieszczęśliwie zakochana :)

Byłam na hokeju. W niesamowicie gorącą i parną sobotę przesiedzenia 2h na chłodnym lodowisku było rewelacyjnym pomysłem. Do tego było to moje pierwsze wyjście na hokej. Musiałam sobie odbić to, że straciłam bilet na GP w żużlu (taaa, już nigdy nie pozwolę, żeby ktokolwiek kupował za mnie bilety, które na 2 tygodnie przed wydarzeniem lądują u kogoś innego- "bo przecież będzie dziwnie"). I trafiłam na rozróbę na lodowisku :) Chłopcy z reprezentacji Rosji i Polski nie poradzili sobie z testosteronem i pobili siebie nawzajem, i nawet sędziego. Mecz był średni, przewaga młodszych o 2 lata Rosjan zbyt znaczna, żeby mówić o rywalizacji, ale coś się działo. W środę kupuję karnet na rozgrywki hokejowe !!
wtorek, 16 sierpnia 2011
Szczerze mówiąc to nie spodziewałam się, że ta burzliwa znajomość zakończy się dzisiaj, w ten oto sposób: "oddaj moje rzeczy M.". I tym razem to ja powiedziałam te słowa. I wiem, że było to zatrzaśniecie drzwi. I z jednej, i z drugiej strony. Tylko szkoda trochę. Ja naprawdę go lubiłam i naprawdę chciałam mu pomóc...Ale chyba za dużo chciałam, zostałam zepchnięta gdzieś tam w niepamięć... no trudno...pewnie to dobrze... pozostały tylko nieme dowody, że to kiedyś było. Tak jak miałoby mi się kiedyś wydawać, że tego jednak nie było

wydarzenia ostatnich dni... przeżyłam rozczarowanie kolejnym człowiekiem, nagle się okazało, że muszę zapłacić czynsz samej, bo "kolega" nie ma pieniędzy, przeżyłam rozróbę, a w zasadzie sparing rosyjsko- polski w pracy (teraz można się z tego śmiać, ale wtedy....)... kryzys za kryzysem, ludzie obok, słowa wsparcia popłynęły

Może moje wczorajsze sny to wyraz tęsknoty??? Pogubiło się, pogubiło to wszystko...

jadę nad morze
wtorek, 26 października 2010
Czyli operacja powrót Rudej z Niemiec. Tak to szybko zleciało, tak się bałam wyjazdu, a okazał się tak fantastyczny i tak mi potrzebny. Potrzebny by przedefiniować pewne rzeczy, ustalić nowe priorytety. Teraz wracam, znaczy będę próbować wsiąść i wysiąść na czas, wtargać siebie i wszystkie toboły (plecak, torebka, torba, laptop i torba lniana z kserówkami) na górne łóżko. I na nowo to, co sobie tutaj ułożyłam wcielić w życie w Toruniu.

Boję się  tylko jednego- jak sobie poradzę z tymi emocjami na tych kilkudziesięciu metrach kwadratowych pachnących cynamonem. I którą wersje swojej wersji wydarzeń Ci przekażę. Bo najlepiej by było, gdybym nic ci nie przekazała.
sobota, 09 października 2010
A także sok jabłkowy i dżem rabarbarowy kupiony na rynku, lokalny browar (dzisiaj oprócz piwa pszenicznego, w którym się zakochałam, zakupiłam jeszcze ciemne do spróbowania) oraz lokalny zamek- twierdza. Postanowiłam zrobić sobie leniwą sobotę, nie ruszać książek (choć teraz będę musiała popracować nad artykułem), pooddychać miastem. Najpierw obowiązki: pojechałam więc na dworzec po bilet na powrót do domu (łeeeee, chcę tu zostać!!!). A potem smakowałam miasto.



Na owym rynku, gdzie trzy lata temu z niejakim panem M. piliśmy kawę, zaopatrzyłam się w litrowy sok jabłkowy i dżem rabarbarowo- truskawkowy z jakiegoś lokalnego gospodarstwa, z którymi to przeszłam pół miasta. Dżem zostawiłam na potem, a sok już prawie wypiłam. Początkowo nie mogłam się odnaleźć w tłumie, bo naprawdę sporo ludzi było dziś na mieście. Nie wiem czy tu jest tak zawsze. Dało się zauważyć, że w tygodniu knajpy zapełniają się wieczorami. Dziś dodatkowo było bardzo ciepło- chodziłam nawet w krótkim rękawku.  Ludzie spacerowali, jeździli na rowerach, pili kawę, jedli, pili wino na moście, leżeli na trawie. Chłonęłam wszelkie pozytywne emocje, co by mi nie zabrakło na później. Na moście chcąc szybko zrobić zdjęcie panom w bawarskich gatkach (a może frankońskich?) oblałam się końcówką kawy, a co tam :) Oto most:



I pano
wie (niestety z daleka, bo nie zdążyłam):



Potem poszłam po prostu do przodu (mimo, że
w pewnym momencie wydawało  mi się, że idę jednak z powrotem). Obejrzałam mój Gastehaus z góry (no ten biały wieżowiec prawie, że na środku zdjęcia):



Miasto z daleka:



Zamek i
winnice z bliska:



Trafiłam na
wet w miejsce, w którym wcześniej nie byłam: do ogrodu botanicznego położonego na zboczach wzgórza zamkowego. Przytargałam stamtąd orzecha włoskiego, bo leżał na ławce.





A na koniec pozach
wycałam się jeszcze raz miastem, ludźmi, słońcem. Posmuciłam samotnością, przeszłam przez most, kupiłam pszeniczne piwo i wróciłam słuchać Letters From Silence.








codziennie o 18
w całym mieście biją dzwony- wyłączam wtedy muzykę i słucham...
piątek, 08 października 2010
Czyli kolejny dzień na stypendium :) Dotarłam dziś do czytelni na  piętrze, ze starodrukami i księgozbiorem podręcznym, o którym na UMK niestety mogę sobie tylko pomarzyć. Przeżyłam dziś między tymi półkami coś niesamowitego. Trzymałam w rękach repetytorium Schneyera, którego bezskutecznie poszukiwałam przez trzy lata, i po prostu przeżywałam ekstazę :) Siedząc na podłodze, między regałami pełnymi książek. Ledwo się dogadałam z panem, bo ja do niego po angielsku, on do mnie po niemiecku, oboje ledwo się rozumieliśmy, ale udało mi się wszystko załatwić a nawet zostawić książki na poniedziałek. Zrozumiałam też, że nie wolno używać w owej czytelni długopisów, tylko ołówki.

Jestem zachwycona tym miejscem. O tej porze roku jest tu jeszcze ciepło, mimo, że to jakieś 700 km od Torunia. O klimacie świadczą przede wszystkim winnice, których tutaj pełno. wina jeszcze nie próbowałam, choć doskonale pamiętam jego smak, gdy częstowała nas prof. Hartmann. Oczarowało mnie to, że w każdej piekarni (czasem i w sklepach) można wypić pyszną kawę, kupić smaczną kanapkę, a potem objechać całe miasto rowerem. Jeszcze nie wyjechałam a na pewno już bym tutaj wróciła. A kto wie, kto wie :)

Śni się dalej. Podobno dużo alkoholu w różnych kombinacjach trzeba, żeby się nie śniło. Ja tak jednak nie chcę. Chcę by przeszło. By sobie poszło.



Muzycznie zaś wspomnienia:
http://www.youtube.com/watch?v=6hzrDeceEKc
wtorek, 31 sierpnia 2010
No pojechał, wyjechał, wyprowadził się. Smutno, smutno jak diabli, choć chyba wciąż nie dociera. Jeszcze wczoraj wieczorem wydawało mi się, że gdzieś to daleko jest, w innym świecie. Zajęta uprawianiem roślinek na facebooku nie obierałam żadnych bodźców. Przyszło jednak w nocy. A w zasadzie nad ranem. Nie napiszę,  że "dawno nie miałam tak wypełnionych emocjami snów", ponieważ mam je od jakiegoś czasu, od momentu w którym usilnie zaczęłam sobie tłumaczyć, że da się to wszystko ułożyć "by wilk syty i owca cała". Ale dziś płakałam i przez sen, i chwile potem. Płakałam, bo wyjeżdża bardzo, ale to bardzo dla mnie ważna osoba. W pewien sposób najważniejsza. Nie da się wymazać tego co między nami było,  tego co się wytworzyło i co mimo wszystko trwa, obrośnięte nowym, innym, pewnie lepszym... Nie mam monopolu na ten smutek, nie chcę mieć, bo to i tak tylko moje.

Myślę o R. Wciąż i nieustannie, choć nie zawsze intensywnie. Poranna wiadomość była czymś cudownym... Pomogła.

Z rzeczy bardzo przyziemnych jadę ze swoim biurem do Chorwacji  na kilka dni. Co z tego, że bez grosza przy duszy :) Kolejne kilometry przede mną. Kolega prawie doktora wykrakał z tą połową wakacji. Byłam też na grzybach: dużo borowików i dużo kurek. Borowiki czekają na suszenie, a kurki wylądowały w winie i śmietanie, i są tylko pięknie pachnącym wspomnieniem.
sobota, 21 sierpnia 2010
Owszem człowiek się raduję do pracy jadąc, ale człowiek raduję się również, gdy 18 sierpnia o godzinie 19 może zamknąć sezon dla biura podróży, w którym pracuję już 5 lat. Odpoczywam, choć w nocy miewam złe sny, skutek rozmów z panem M. Nie wiem skąd te sny? Przecież jestem już spokojna, gotowa Cię nawet polubić, gdy dostanę na to szansę. Jestem zakochana. Od dwóch miesięcy  motyle w brzuchu robią co chcą. Testuję związek na odległość, próbując związać ze sobą dwa różne światy. Jestem gotowa o tym napisać, więc piszę, wyczekując poniedziałku i kolejnej podróży do Gdańska.
Wpadłam dziś w pokrzywy, noga piecze i przestać nie chcę. Nadal jestem bezdomna, od dziś dodatkowo bez pracy. Za to szczęśliwa. Szczęśliwa, mimo tych kilometrów oddalenia. Przede mną  być może jeszcze kilka dni w Chorwacji, jako, pożal się Boże,  tłumacz. Och, do czego to doszło, że ja tak pewna siebie :)

Wracam do pisania, także do przeczytania jutro ( a do zobaczenia może jeszcze dziś)
niedziela, 01 sierpnia 2010
Z Hiszpanii, Paryża, Wenecji... Wyjeżdżam (wracam?) do Gdańska jutro. Odpoczywam żałując, że na pięknym świecie spotkać można takich dupków.

Kilka zdjęć za chwilę.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
adopt your own virtual pet!



statystyka